Tak.
Teraz mogę iść do domu. Chociaż.... Nie chcę żeby Alis mnie widziała w takim stanie.
Skierowałam się w stronę schodów. Teraz te kilka stopni, były dla mnie górą, wielki wysiłkiem. Jeszcze te kilka godzin temu prawie leciałam nad nimi, bez najmniejszego podknięcia.
Schodząc powoli, jeden stopień po drugim, rozmyślałam nad tym co się tak naprawdę stało te 2 godziny temu....
Nie umiałam się pogodzić z tym, że Justin mógł zrobić coś tak podłego. Wydawał się być ideałem. Księciem na białym rumaku. Dla wszystkich jego obecność była najważniejsza. Każdy jemu ulegał. Jego wzrokowi, jego prośbą. Jemu. Uszczęśliwiał. Pobudzał do życia.
Czy ja teraz wyglądam na szczęśliwą?
Oczy podbite, cała czerwona, ubrania pogniecione, a na jasnej bluzce widać jeszcze ślady po łzach.
Trzęsłam się. Wszystko mi się rozdwajało. Czy to jest naprawdę taka tragedia? Dla mnie jest. Nie poradzę sobie.
W końcu przeszłam te 6 schodków. Zatrzymałam się. Oparłam dłoń o parapet. W parku Justin grał już koncert. Wszyscy szaleli. Bawili się. A ja przez niego cierpiałam. Nie daje sobie rady.
Nagle usłyszałam coś, co mnie obudziło z tego koszmaru, który krył się w mojej głowie.
,,Don't you worry, cause everything's gonna be alright, be alright..."
Jego głos wtedy wydawał się taki przyjemny, czysty, pełen wyciszenia. Taki... anielski. Ale to znowu tylko jedno wielkie kłamstwo. Jednak słowa tej piosenki postawiły mnie na nogi. Dalej już nie słuchałam. Ciągle w głowie mi huczało ,,be alright, be alright"
BĘDZIE DOBRZE
Z tą myślą zbiegłam po kolejnych 6 schodkach. Już nie byłam słaba, ale wciąż miałam wielki żal do Justina. Ciągle pałałam do niego wielką nienawiścią...
Wyszłam ze szpitala. Nie chciałam iść do parku i widzieć jego twarz. Więc...
Skręciłam w drugą stronę. Pełna dziwnego uczucia. Coś pomiędzy nadzieją, a zapomnieniem o problemach latało w całym moim ciele. Coś. Coś dobrego.
Właśnie przechodziłam koło lodziarni, do której miałam jechać z Justinem.
-Wynagrodzę to sobie- pomyślałam wchodząc do środka
Lodziarnia była pełna kolorów. Po lewo widniała mała lodówka z wieloma pudełeczkami wypełnionymi przeróżnymi smakami puszystego kremu. Po prawo były owce, a po środku całe królestwo. Stoliczki z menu. Usiadłam i spojrzałam w kartę. Wielki wybór. Małe, duże, średnie w kilichu, w rożku, w kubku, z owocami, z kremem, z sosem, z czekoladą.
Wybrałam sobie lody waniliowe, dwie gałki, z kremem czekoladowym i wiśniami w średnim pucharku.
Obsługa była bardzo miła, zamówienie dostałam po 2 minutach. Zapłaciłam i wyszłam.
Zajadałam się nimi całą drogę, nie myśląc o tym co się działo przez ostanie kilka dni.
Cieszyłam się chwilą. Cieszyłam się słońcem. Cieszyłam się spokojem, który opanował mnie i mój umysł.
Po prostu cieszyłam się.
Zamówiłam taksówkę. Dziwnym trafem była tuż obok mnie i nie musiałam czekać, ani minuty. Jeszcze bardziej zaskakujące było to, że byłam milionowym klijentem i tą przejażdżkę miałam za darmo!
Pan kierowca odwrócił się do mnie i powiedział:
-Wygląda pani na najszczęśliwszą istotę na świecie!!!
Uśmiechnęłam się, nie odpowiadając.
Przejechaliśmy jedną drogę, bajeczne skrzyżowanie.
Tak... czułam się jak dziecko... Wszystko mi się wydawało marzeniem, bajką, magią.
Wszyscy się do mnie uśmiechali przez szybę taksówki.
Gdy dotarłam na miejsce, podziękowałam miłemu kierowcy i poszłam w kierunku naszego domku jednorodzinnego. Okrążyliśmy całe miasto, tylko dlatego, że moje mieszkanie znajduje się za parkiem, a ja nie chciałam przechodzić koło Justina. A przez tą drogę spotkało mnie tyle.... SZCZĘŚCIA!
Weszłam do środka, a tam czekała na mnie Alis. Moja przyjaciółka.
-Hej!! - krzyknęłam na jej widok rzucając się jej na szyję
-Hejo! Co taka uradowana???- zapytała podając mi jakąś karteczkę
-Ni...- przewałam
Uśmiech znikł, padłam na fotel jak nieżywa.
-No co?-zapytała Alis
-Przecież to numer do Justina!!
-No tak, jest podpisane ,,Justin Bieber"
-Ale... skąd to masz?
-Był tu!!
-Skąd on ma mój adres!?
-Nie wiem... Nie mówiłaś mu?
-Nie!!!
-No ale....
-Skąd an ma adres?!
-Co ja jestem? Duch święty?
-Sorry....
Całe szczęście ze mnie wyparowało w ciągu ułamka sekundy. Teraz czułam pustkę.
Zgniotłam szybko kartkę i wrzuciłam do kosza.
-Co robisz?!- krzyknęła Alis
-Nie chce go znać!!
-Jak to? Przecież.... wczoraj się spotkaliście...
-Taaa.... NIENAWIDZĘ GO!!!
-Ale... przecież ja już wszystkim powiedziałam, ze ze sobą chodzicie.....
-ŻE CO?!?!?!!?!?!?
Cały świat mi się zawalił. Podejrzewałam wszystkich tylko nie ją. Nawrzeszczałam na Justina. To moja przyjaciółka. Jak ona mogła??? Przecież.... ja ją traktowałam jak siostrę...
-No co.. fajnie się dogadywaliście..- zaczęła się tłumaczyć
Wstałam szybko z kanapy i wbiegłam do swojego pokoju.
Padłam na swoje łóżko, znowu rycząc jak małe dziecko... Łzy leciały mi ciurkiem. Już cała poduszka była mokra....
Nienawidzę jej....
Nienawidzę...
JA NIENAWIDZĘ SIEBIE!!!
Oskarżyłam Justina, on jeszcze przyszedł i dał mi swój numer!!! A ja go wyrzuciłam!!
Chciałabym go przeprosić.... Chciałabym żeby teraz siedział obok mnie...
//Olexa

Super!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Czekam na kolejny, tylko 10 razy dłuższy rozdział ;*** <3
OdpowiedzUsuń