piątek, 28 lutego 2014

Rozdział X

Kiedy skończyłam obchód, w którym uczestniczę jako dodatkowy pedagog (czasami jako psycholog dziecięcy) postanowiłam, że poproszę ordynatora o wolne. Czemu? Bo jestem zmęczona? Nie do końca. Bo mam coś innego do roboty? Nie. Bo mam kogoś dość? Bliżej...
Po prostu, nie chcę się spotkać z Justinem, który ma niedługo przyjść. Będzie miał koncert charytatywny w parku, który się znajduje tuż obok. Pieniądze będą przeznaczone dla chorych dzieci z naszego szpitala, na sprzęt, na operacje, protezy, leki. Na wszystko co jest potrzebne by choć troszkę poprawić życie tych chorowitków. Tak. Dzieci się ucieszą, ale dla niego to będzie kolejna reklama, kolejny temat, o którym będą pisały gazety, o którym będzie można usłyszeć w mediach. Znając życie, potem znowu zrobi jakąś awanturę, a po kilku dniach wybuduje szkołę. Dla niego to pikuś, a dzięki temu zawsze jest o nim głośno. Dla niego to się liczy i tylko to jest ważne. Dobrze, że jednak niektórzy na tym korzystają. Chociażby Tinka, która w końcu będzie mogła dostać krew. Może głupota Justina uratuje ją, jej zdrowie i życie? Może...

Udałam się niepewnym krokiem do pokoju ordynatora. Już miałam zapukać gdy nagle otworzyły się drzwi...
-Emily...?
Nie.... Tylko nie to... Tylko nie on!!!!
Przecież miał być dopiero za 2 godziny. Co on tu robi?
W myślach miałam tysiące pytań, na których odpowiedzi nie znałam.  Justin... Stał przede mną, patrzył na mnie lekko podirytowany ciszą i tym, że nic nie mówię.
-Przepraszam panie ordynatorze, mogę pogadać chwilkę z Emily sam na sam?- zapytał
O nie!!! Czemu ja? Dlaczego ja? Pytam się wszystkie duchy niebieskie... Dlaczego?
Ordynator nie był zadowolony wolą Justina, no ale cóż... To był nasz gość, osoba która pokryje kilkadziesiąt operacji, sprzęt szpitalny i wiele innych rzeczy. Od państwa nawet połowy tej kwoty byśmy nie otrzymali... No chyba, że leczyłby się u nas prezydent Obama... Ale się nie leczy, więc jest  to nie możliwe.
W końcu odpowiedział:
-Dobrze, dobrze

Justin złapał mnie za rękę, tak samo jak wczoraj gdy szliśmy na lody. Mocno jakby bał się, że ucieknę. Ale teraz miał rację, gdyby nie siła z jaką mnie trzymał dawno bym się wyrwała i biegła przed siebie, jak najdalej od niego, jak najdalej od plotek, od szumu, od wszystkiego...
Powiedziałam tylko słabym głosem:
-Przepraszam, ale się spieszę...
Justin nawet nie odwrócił głowy, udawał, że nie słyszy. Głuchoniemy. Ściana. Zero reakcji. Przyśpieszył i pociągnął mnie w stronę pomieszczenia z napisem na drzwiach ,, zarezerwowane"
Pewnie to był pokój dla niego.
Byliśmy już w środku. Klamka opadła. Chciałam wyjść, ale było za późno. Justin włożył kluczyk, przekręcił i schował go do kieszeni. Bałam się trochę. Co ja gadam. Strasznie się bałam.
-Wiesz, ze tak nie można. Mam prawo...- zaczęłam
-Tak wiem, nie powinienem tego robić ale muszę z tobą porozmawiać, Po prostu muszę. Daj mi chwilę.

Nagle jego wyraz twarzy znowu przybrał coś nowego. Rumieniec. Uśmiech. Oczy małego dziecka proszącego o coś ważnego.
Kiwnęłam głową i usiadłam na łóżku. Justin stanął przede mną, chwile się pokręcił w prawo, w lewo potem usiadł obok mnie.
-Przepraszam cię za wczoraj. Nie chciałem... ale czasami nie wytrzymuje. Czemu uciekłaś?
-Jak myślisz? Tak, bardzo chciałam spędzić z tobą popołudnie pełne złości, nienawiści wraz z twoimi fankami...
Justin spuścił wzrok na podłogę. Teraz uśmiech znikł, a rumieniec... tak jakby zgasł. Co wtedy kryło się w jego oczach? Nie wiem.. Zamknął je.
Już chciałam rzucić coś w stylu ,,ale nic się nie stało"  lub  ,, a może dziś pójdziemy na lody i wszystko się ułoży inaczej". Zrobiło mi się żal tego.... małego chłopca. Wtedy właśnie tak go widziałam, jako małego chłopca.
Lecz po chwili odezwała się druga połowa mnie. Ta gorsza. ,,Nie zasługujesz na żadną z tych fanek, one cię kochają, robią dla ciebie wszystko, a ty na nie wrzeszczysz, wydzierasz się na całą okolicę żeby pojawić się na okładce gazety"
Trochę pomieszałam tą dobrą mnie i tą złą mną i wydusiłam kładąc mu rękę na kolanie:
-Nic strasznego się nie stało, masz wspaniałe fanki nie powinieneś na nie  się tak wydzierać, ale możesz się jeszcze poprawić. Tylko nie wiem...-przerwałam
Zaraz, zaraz.... przecież nie tak dawno myślałam, że on je wynajął a teraz mówię o nich jako o ,,prawdziwych fankach" ?!?!?
- Czekaj, ale po co chcesz z tym wyjść do medji?-zapytałam
W tamtej chwili Jus podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy:
-Ja chce mieć trochę prywatności, dlatego się zdenerwowałem. Chcę być jak najdalej od fotoreporterów i dziennikarzy...
-To po co je wynająłeś?- oczywiście długo nie potrafiłam trzymać języka za zębami
-Ale kogo?- Justin aż się podniósł z łóżka gdy usłyszał pytanie
-No fanki!!!- tez wstałam
-Ty myślisz że ja je wynająłem?
-To czemu o tym cały szpital gada od rana? Wynająłeś je, żeby rozgadać w szpitalu. Miałeś nadzieję, że będziesz miał gotowy temat na portale plotkarskie!!!
-Ale ja przyszedłem tutaj 10 minut temu!!! Nawet nie wiem, że ktoś o tym gada!! Chociaż.... to może dlatego ordynator się na mnie tak patrzył...
-No kto to rozpowiedział?  W żadnej gazecie o tym nie pisali geniuszu!! To może jeszcze wynająłeś kogoś  do rozpowiadania ploteczek!!?- wybuchłam
-Nie!!
Nie wytrzymałam, podbiegłam do Justina wyjęłam mu kluczyk z kieszeni. Nie było to trudne bo nie stawiał żadnego oporu. Otworzyłam drzwi i wybiegłam z pokoju z płaczem. Łzy lały mi się po policzkach.Znowu to samo pytanie. Dlaczego? I ta sama odpowiedź.. NIE WIEM
Nie zależy mi na nim, na jego ocenie. Chyba. Tak. Chyba. Ale wszyscy już o tym wiedzą!!!
Wbiegłam do damskiej toalety zatrzaskując się w kabinie.

Spokojnie.  Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Chyba.
Dlaczego wszystko chyba? I dlaczego ,,dlaczego"?
Sama już plączę się w słowach.
Moje łzy leciały nieopanowanie po policzkach. Nie sięgnęłam nawet po chusteczkę. Jeśli któraś z nich stanęła, zaschła na swoim miejscu. Już nie była słona. Straciła dalszą drogę. Tak jak ja. Taka sucha, bez celu. Bez niczego. Tak. Jestem taką łzą która jest tylko potrzebna od czasu do czasu, w tych trudnych momentach. To moja siostra, siostra bliźniaczka. Jesteśmy jak dwie krople wody. Dobre porównanie w tej sytuacji. Nie różnimy się.
Chociaż... mam jeszcze jedną osobę którą kocham na swój sposób... Alis... No tak, tylko ona mi została.
Tinka... Ona jest samotna, dlatego mnie potrzebuje. Nie wiadomo co by było gdyby była zdrową dziewczynką. Pewnie nie chciałaby mnie znać.

Po 90-minutach wyszłam z kabiny. Cała czerwona, napuchnięta. Już nie płakałam. Podeszłam do kranu.
Chlapnęłam się wodą. No... Już lepiej.
Wyszłam z toalety patrząc na zegarek. Mogę już iść do domu. Koniec pracy.
Taa... przesiedziałam cały ten czas w toalecie.


//Olexa 




1 komentarz:

  1. Super! <3 Możesz napisać dzisiaj jeszcze taki MEEEGAAAA długi rozdział?

    OdpowiedzUsuń