Następnego dnia obudziłam się w złym nastroju. Okropnym nastroju. Jeszcze nie otworzyłam oczu, a już miałam w nich łzy. Byłam wściekła na Alis, na siebie jeszcze bardziej. Nienawidzę siebie.
Zerknęłam leniwie na zegarek. Była wtedy godzina 8.00. Powinnam się szykować do pracy.
Nie...
Już mnie nic nie obchodzi.... Moje życie jest do niczego. Wszystko psuje. Zostanę w domu. Już nic mi nie zostało...
Koniec...
Byłam zrozpaczona, serce mi biło jak szalone, cała w nerwach, w nienawiści, w czymś czego nie da się opisać. Coś co zniechęciło mnie całkowicie do życia. To mój koniec. Moje życie dobiegło końca.
Nagle dostałam trochę siły od Boga. Odgarnęłam pościel. Wstałam. Podeszłam do szafki i wywalałam z niej wszystko. Co było w mojej ręce po chwili leżało na podłodze.
Zawiodłam się na sobie. Zawiodłam się na najlepszej, najukochańszej przyjaciółce. Zawiodłam się na osobie, na której mi zależało. Zawiodłam się na Alis. Zawiodłam się na świecie. Zawiodłam się.
Nie mam sensu dalszego życia. Przynajmniej go nie potrafię znaleźć.
Ale znalazłam za to coś, czego szukałam w szafce.
Żyletka.
Pobiegłam do toalety. Cała tonęłam we łzach. Nie zrozumiecie dlaczego, po prostu nie umiałam normalnie funkcjonować. Odkręciłam wodę. Ciągle szlochałam. Alis jeszcze sapała. To lepiej. Nikt mi nie przerwie.
Zamoczyłam dłoń w strumyku wody. Tak, to moje ostatnie chwile. Nie umiałam opanować strachu, ale klamka zapadła. Nie ma sensu dalej to ciągnąć, to mój koniec. Koniec mojej historii. Nikomu nie jestem potrzebna. Nikomu. Po co dalej żyć? Nie mam już żadnego celu.
Ukucnęłam i oparłam rękę o wannę. Żyletka była już coraz bliżej. Już został centymetr od skóry. Milimetry dzieliły mnie od wielkiego bólu. Iii......
Ktoś zapukał do drzwi. Pukał coraz mocniej. Chyba listonosz... ale...
NIKT MNIE NIE POWSTRZYMA
Pisnęłam lekko. Żyletka upadła na ziemię, a ja razem z nią. Krew lała się na wszystkie strony. Już nic nie czułam. W końcu skończę moją drogę. Koniec bólu, cierpienia, smutku, płaczu, łez.
Nagle usłyszałam mocne uderzenie dochodzące z przedpokoju. Kilka pospiesznych kroków. Zbliżał się. Bliżej. Jeszcze...
Zobaczyłam jego.
-Emily!!!! Co ty...? Ale...
-Wyjdź stąd!!- krzyknęłam pełna wściekłości do Justina, siadając na kafelkach - Nic już nie zrobisz, idź!! Rozumiesz?!?!?
On nawet nie chciał słyszeć moich uwag. Zdjął bluzkę podchodząc do mnie.
-Nie chcę cię tu widzieć, odejdź!!- wrzeszczałam odpychając go
Niestety moja siła nie równała się w nawet jednym procencie z jego siłą. Podszedł do mnie, złapał okaleczoną rękę i owinął ją swoją bluzką. Potem złapał mnie za biodra i podniósł mnie. Szarpałam się na ile wystarczyło mi sił. On nic nie mówił. Mocno mnie chwycił i zaniósł bez słów do swojego samochodu.
Byłam wyczerpana. Justin jeszcze raz mocno związał mi rękę, tym razem koszulą która leżała na przednim siedzeniu. Już nie stawiałam oporu. Nie miałam sił. Wiedziałam, że przegram.
Siedziałam na tylnych fotelach, a Justin wsiadł do samochodu z drugiej strony, aby prowadzić pojazd. Nie mogłam złapać oddechu. Nie chciałam się odzywać do niego, ale .... gdzie my jedziemy??
Miałam wszystkiego dosyć. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się przy wielkiej willi.
Justin wysiadł, potem podszedł do mnie rozpiął pasy i wziął mnie na ręce. Po kilkunastu sekundach byliśmy w środku. Leżałam na łóżku. Tak.. teraz bawi się w bohatera. Podszedł do mnie z bandażem i powiedział:
-Usiądź, zrobię opatrunek. Póki jest jeszcze czas. Może nie będzie blizny- skierował na mnie swój poważny wzrok.
Nie chciałam się już przeciwstawiać. Po prostu nie miałam siły. Wykonałam polecenie.
Justin delikatnie odwinął najpierw koszulę, a potem bluzkę. Polał lekko wodą utlenioną. Zaszczypało mnie, dlatego syknęłam.
-Trzeba było się nie wygłupiać... Teraz dam ci odpocząć, ale jutro pogadamy. O ile do siebie dojdziesz...- skomentował
Nie odpowiedziałam.
Kiedy zawinął już ranę odpowiednim bandażem, wstał wziął zakrwawioną bluzkę oraz koszulę i wyszedł zamykając drzwi.
Położyłam się z powrotem, zanurzając się w gorzkich myślach. Gdyby nie przyszedł, miałabym już wszystko za sobą... On zniszczył cały mój plan.
Byłam śpiąca. Chociaż na drewnianym zegarku wiszącym na lekko fioletowej ścianie, widniała dopiero godzina 9.56, zasnęłam po kilku minutach.
Obudziłam się po 7 godzinach. Obolała wstałam z łóżka, ale zaraz potem jeszcze raz usiadłam.
Wspomnienie latały w moich myślach. Bolesne wspomnienia, o których nie zapomnę do końca życia. Może decyzja, którą podjęłam wtedy w toalecie, była trochę pochopna... ale nie umiałam znaleźć sensu dalszej przygody.
Odpoczęłam chwilę i podeszłam chwiejnym krokiem do drzwi. Otwierając je zauważyłam, że jeśli będę chciała zejść na dół, konieczne będzie pokonanie kilkunastu schodów.
Nagle usłyszałam kilka krótkich dźwięków dochodzących z piętra poniżej. Po drugiej stronie tych stopni, które będę musiała pokonać, ukazała się znajoma postać- Justin
-Widzę, że odzyskałaś siły, ale sama na dół jeszcze nie zejdziesz...- uśmiechnął się dość przyjaźnie próbując poprawić mi humor.
Szybkim krokiem wszedł na górę i złapał mnie za zdrową lewą rękę i powiedział:
-Przy mojej pomocy będzie ci łatwiej, no chyba, że wolisz żebym cię zniósł?
Odpowiedziała mu cisza
-Słuchaj, nie będziesz mi się musiała tłumaczyć, jeśli nie będziesz tego chciała... ale zanim dojdziesz do zdrowia pomieszkasz u mnie, i musisz choć słowem się do mnie odzywać bo zacznę się bać, że straciłaś głos...- zażartował chcąc załagodzić sytuację
-Dobra- przełamałam się, lecz machnęłam to tak od niechcenia
-No, robisz postępy - Justin zadowolił się moim słowem
Zeszliśmy powoli na dół. Usiadłam na kanapie i rozejrzałam się po pokoju.
-Wody, herbaty? - zapytał Jus
-Wody- nie chciałam nadużywać jego gościnności, której i tak nie potrzebowałam
Justin nalał mi mineralnej do dość wysokiej szklanki i podając mi ją usiadł tuż obok mnie.
-Dziękuję...-powiedziałam
-Proszę, a jak się czujesz? Co z ręką, boli?
-Nie...- udawałam twardą, choć tak naprawdę czułam ciągle mocne szczypanie
Przez cały ten czas, nie spojrzałam mu a ni razu w oczy.
-Pokaż to..
Podałam mu rękę. Justin ostrożnie obejrzał z wierzchu jak to wygląda.
-Lekko spuchło - osądził
-Być może....- nie dawałam za wygraną
Coś mnie tknęło. Dzień wcześniej chciałam być blisko niego. Chciałam mu coś powiedzieć. Przeprosić. Źle go wtedy osądziłam. Ale... Będę musiała przestać udawać panienkę o wielkim honorze. No cóż... Nie umiem długo utrzymywać samej siebie w niepewności.
-Przepraszam...- po raz pierwszy spojrzałam mu prosto w oczy
-Za co ??- zapytał zaskoczony
-Nie wynająłeś tych fanek, a o tym co się stało przed lodziarnią rozpowiedziała Alis...
-Spokojnie... już dawno o tym zapomniałem - wydawał się być zadowolony z przebiegu zdarzeń
-Ale ja nie... Myślałam, że Alis to moja prawdziwa przyjaciółka.... dlatego...
-Cicho...- powiedział kładąc mi palec na ustach- już nic nie mów, już wszystko rozumiem- mówił szeptem
Wtedy poczułam coś dziwnego. Nie umiem powiedzieć co to było. Mam trudność w rozpoznawaniu uczuć, ale było to coś zaskakującego, a jednocześnie przyjemnego i podniecającego.
Uśmiechnęłam się do niego, nie wiem dlaczego, ale poczułam taką potrzebę. Chyba mu się to spodobało bo mocno mnie objął i przytulił. Czułam jego zapach, jego policzek dotykał mojego. Ciepła dłoń rozgrzała moją rękę. Wzrok zawisł na chwilę w moich oczach. Nie czułam bólu, który sobie sprawiłam, chwilowa radość opętała moją duszę. Czułam się bezpieczna. Nic mi nie groziło.
-Mam nadzieję, że się jakoś dogadamy- odezwał się Jus
-Ja też- odpowiedziałam
Justin lekko pocałował mnie w policzek. Nie uraziło mnie to. Pamiętam jak pierwszego dnia, patrzył się na mnie takim dziwnym wzrokiem. Wtedy źle się z tym czułam. Ale teraz....
Zapomniałam o całej smutku.
//Olexa
KIEDY NASTĘPNA CZĘŚĆ?! ♥.♥
OdpowiedzUsuńnie wiem dokładnie, ponieważ w pisaniu najbliższych rozdziałów pomoże mi przyjaciółka:)) dziękuje za komentarze:)
OdpowiedzUsuń